Ciąża numer dwa.
Tydzień dwudziesty ósmy.
I niesamowita huśtawka nastrojów.
Od rana płaczę, bez szczególnego powodu.
A to skończyłam czytać książkę (tragedia! co ja zrobię z wolnym czasem? zaraz, ja nie mam wolnego czasu!), a to chce mi się spać (a moja bezlitosna, niemal trzyletnia córka wcale tego nie rozumie!), a to boli mnie głowa, a to w głowie mam pustkę i nie wiem co ze sobą zrobić. Na wszystko płacz.
Nienawidzę być w ciąży. To znaczy w tym momencie nienawidzę. Natłok myśli związanych z drugim dzieckiem mnie przytłacza. Dziś, bo jutro całkiem możliwe, że z uśmiechem na ustach powitam nowy dzień, nagle pełna sił do działania.
W ogóle to uwielbiam być w ciąży. No, może poza pierwszymi trzema miesiącami. Mdłości i wymioty nie działają na mnie dobrze, masochistką nie jestem. Uwielbiam ten czas, gdy ruchy dziecka zaczynają być wyczuwalne, a z czasem widoczne gołym okiem. To chyba jedyna taka okoliczność w życiu, gdy brak płaskiego brzucha wcale mi nie przeszkadza. Choć myśl o nim po porodzie wcale mnie nie cieszy.
Ale cóż, wszystko jest dla ludzi, to znaczy dla kobiet w tym przypadku. :)