Urodziłam.
Minęło już dziesięć dni.
Emocje opadły.
Zakochałam się po raz kolejny.
Pokochałam miłością wielką tą małą Istotkę.
Moje słodkie pięćdziesiąt pięć centymetrów i trzy tysiące czterysta pięćdziesiąt gramów.
Teraz razem będziemy przeżywać przygodę zwaną życiem.
I choć w myślach klęłam, gdy się rodziła, teraz, trzymając ją w ramionach, mogłabym przeżywać dla niej to każdego dnia.
Porodówka, godzina osiemnasta.
Skurcze co trzy minuty od siedemnastej.
Rzadsze wcale się nie pojawiły.
Brak postępów akcji porodowej.
Oksytocyna i gaz na znieczulenie kwadrans przed dwudziestą.
Ból nie-do-opisania!
Ból nie-do-przeżycia!
Przynajmniej takie miałam wrażenie.
Godzina dwudziesta piętnaście- każą przeć, więc prę.
Godzina dwudziesta dwadzieścia- uczucie ulgi i szczęście.
Mam Ją w ramionach.
Tak długo czekałam.
Całe dziewięć miesięcy.
Kocham całym sercem.
Serce mam jedno, bardzo pojemne.
Miłości nie dzielę.
Dla każdego mam jej tyle samo.
Ona się namnaża wraz z kolejną osobą w sercu moim.
Nie umiem inaczej.
I choć jestem młoda, wiem czym jest miłość.
Wiem czym jest poświęcenie, troska, odpowiedzialność.
Chcę dać Im wszystko.
Bo są dla mnie wszystkim.
Moje Córeczki.
Mimo zmęczenia codziennością,
mimo natłoku obowiązków,
mimo uczucia bezradności,
mimo rozdrażnienia,
kocham Je.
I to cierpienie mogłabym znosić dla nich każdego dnia.
Bo Matka na swoich barkach uniesie wiele.
A dla swoich Miłości uniesie wszystko.
JESTEM MAMĄ!
A oto Zosia.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz