Ciąża. Miesiąc numer dziewięć. Tydzień trzydziesty ósmy. Do terminu porodu zostało czternaście dni.
Samopoczucie na poziomie zera, z tendencją spadkową. Skurcze sporadyczne, przypominające te miesiączkowe, nie porodowe. Jednak na tyle skuteczne, że szyjka zaczęła się skracać.
Oprócz tych skurczy, skurcze w łydkach i udach. Ruchy dziecka rzadsze, momentami delikatnie bolesne, a może jedynie nieprzyjemne.
Nerwy związane z codziennością i brak cierpliwości. Psychicznie jestem na wykończeniu.
Masa dylematów. Podobno jestem nieznośna. Hormony? A może po prostu Pan M. nie potrafi sprostać moim wymaganiom? Czy wymagam za wiele?
Potrzebuję współczucia. Bo czasami najnormalniej w świecie czuję się źle i sobie nie radzę.
Potrzebuję pomocy. Bo nie zawsze daję sobie radę z codziennością i MOIMI obowiązkami.
Potrzebuję rozmowy. Bo rzeczywistość zaczyna mnie momentami przytłaczać.
Potrzebuję docenienie. Bo choć coraz częściej nie spełniam swoich obowiązków domowych, to staram się jak mogę.
Potrzebuję odpoczynku. Bo nie prawdą jest, że siedzenie w domu, opieka nad dzieckiem i ogarnianie tej przestrzeni jest "nicnierobieniem".
Potrzebuję komplementów. Bo nie wyglądam i nie czuję się jak modelka z wybiegów, bo w nic się nie mieszczę, a, jako wyleczona, w miarę skutecznie, z zakupoholizmu kobieta, czasem wracam do czasów kiedy nie chodziłam w starych szmatach, inwestowałam w siebie, a nie tylko w dziecko i Pana M. i to przytłacza.
Potrzebuję śniadania do łóżka i romantycznej kolacji we dwoje- nie każdego dnia. Bo chcę wiedzieć, że ktoś się o mnie troszczy i dla kogoś jestem ważniejsza niż inne, codzienne troski. Czasem dobrze byłoby być w centrum uwagi, zwłaszcza wtedy kiedy nosi się pod sercem kogoś wyjątkowego.
Potrzebuję wyrozumiałości. Bo nie potrafię szybko chodzić, czasem wręcz się wlekę. Bo nie mam siły robić zakupów i spacerować samotnie z trzyletnim żywiołem. Bo czasem leżę pół dnia w łóżku, bo mnie coś boli. I wcale nie udaję.
Potrzebuję usługiwania- jakkolwiek to brzmi. Bo czasem fajnie by było, gdyby role się odwróciły.
Potrzebuję żeby moje marzenia zostały przez kogoś dostrzeżone. Bo wśród nich jest poczucie bycia wolnym i samorealizacji. Tak banalne, a tak silnie tłumione we mnie przez otoczenie.
Potrzebuję usłyszeć, że jestem dobrą Matką. Bo nie ma chyba większej porażki dla kobiety niż ta na polu rodzicielstwa. Bo nie jestem idealna.
Potrzebuję słów "Kocham Cię" i kwiatów. Bo jestem kobietą.
Potrzebuję otuchy i pewności, że obecność M. przy porodzie nie będzie dla mnie rozczarowaniem. Bo potrzebuję wsparcia w trakcie tej niezwykłej chwili. Bo chciałabym, żeby ktoś wtedy zauważył, że w tym wszystkim jestem też ja, nie tylko dziecko.
A już po wszystkim potrzebuję żeby ktoś przy mnie był. Bo nie chcę po raz kolejny przechodzić przez wszystkie problemy i stany depresyjne sama. Bo całe dziewięć miesięcy tej ciąży były dla mnie wyjątkowo ciężkie, samotne i przytłaczające. Bo poród niesie za sobą także, a może przede wszystkim odczucia psychiczne. Bo tyle dookoła mówi się o roli kobiety w wydawaniu dziecka na świat, a w rzeczywistości zupełnie się o niej zapomina. A ja tym razem nie chcę być zapomniana. Chcę też być ważna.
Czy wymagam za wiele?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz